MENU

KATEGORIE

TOPLISTA

Torrent: RUNNING WILD - BLACK HAND INN (1994/2017 DELUXE EXPANDED EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
RUNNING WILD - BLACK HAND INN (1994/2017 DELUXE EXPANDED EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
Dodał: umezrorv
Data: 10-09-2020
Rozmiar: 570.74 MB
Seed: 1
Peer: 0
Pobierz torrent

  • *
Głosów: 0
Kategoria: MUZYKA -> ZAGRANICZNA
Zaakceptował: nie wymagał akceptacji
Liczba pobrań: 0
Liczba komentarzy: 0
Ostatnia aktualizacja: 0000-00-00 00:00:00
OPIS:
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...



NACJONALIZM UCZY BYCIA DUMNYM Z RZECZY, KTÓRYCH SIĘ NIE ZROBIŁO I
NIENAWIŚCI DO LUDZI, KTÓRYCH SIĘ NIE SPOTKAŁO




"Black Hand Inn" (ósmy album studyjny) to jedna z najlepszych płyt Running Wild. Powala na ziemię precyzją i dograniem najdrobniejeszych szczegółow, jest bardzo szybka i rytmiczna. Płyta jest spójna tak, jakby był to jeden kilkudziesięciominutowy utwór. Klasyka gatunku. Od debiutu w 1984 roku bardzo się zmienili. To heavy metal wciąż w tym samym stylu, ale image już zupełnie inny i zupełnie inne teksty. Refreny już nie kilkusłowne, ale o wiele dłuższe, tematyka egzystencjalna wpleciona w krwawe wojny na morzu, teksty pasujące do szant i stroje wojskowe z różnych epok. To już nie jest black metal.

Przejdźmy do samej płyty, bo jest o czym opowiadać. Pisząc recenzję "Gates To Purgatory" Running Wild z 1984 roku, odwoływałem się do płyt Metalliki z lat osiemdziesiątych. W roku 1994 takiego odniesienia już nie ma, drogi muzyczne obu tych kapel bardzo się rozeszły i porównania nie miałyby sensu.

"The Curse" zaczyna się półtorej minutowym, ponurym dialogiem przy szumach wiatru, podczas którego Inkwizycja bezlitośnie pali na stosie młodego człowieka. Następująca po komentarzu narratora, przy dźwiękach palącego się stosu, trwająca minutę partia gitarowa jest jedną z najlepszych, jakie wydał z siebie Running Wild. Potem nagle w gitarowe brzmienia włącza się kapitalnie perkusja, a gitary zaczynają ponownie grać ten sam motyw, tyle że ostrzej i agresywniej. Tak mija kolejne półtorej minuty. Jeśli dotrwałeś aż do końca, odsłuąc to na słuchawkach i zastanawiając się w sklepie nad zakupem - właśnie zaczynasz liczyć ile masz kasy przy sobie. Szybkie przejście w 2.

"Black Hand Inn". Dokończenie opowieści z 1. Świetna perkusja. Bardzo szybka, wychodząca co chwilę na pierwszy plan, po czym chowająca się za gitarowymi riffami. Bardzo dobry numer.

"Mr. Deadhead". Lepsze i cięższe od 2. Początek utworu pozbawi cię złudzeń - to będzie kolejny szybki i dynamiczny numer. Perkusja poderwie cię na nogi. Co chwilę wychodzi agresywnie przed gitary. Po prostu świetne.

"Soulless". Utwór cięższy, lepszy od 3. Rozpoczyna się bez żadnych wstępów ostrym basem. I tak do samego końca. Kolejna dynamiczna produkcja. Kapitalna solówka po środku. Jeśli lubisz styl Running Wild, docenisz ten kawałek.

Piątka to "The Privatear" (wydany na singlu) - trochę dziwne i rozbiegane pierwsze dziesięć sekund. Zupełnie nie przypomina wcześniejszych utworów. Chaos. Nie wiesz, czego się spodziewać, gdy nagle perkusja zaczyna swój obłędny, rytmiczny taniec. Odkrywasz, że to ten sam klimat co wcześniej i słuchasz dalej.

"Fight The Fire Of Hate" to kulminacja pierwszej części płyty. Na ten utwór czekałeś. Chcesz go krzyczeć razem z nimi. Krzycz, to jeden z ich najlepszych numerów i powali cię na glebę. Do dziś przesłuchałem go ze 200 razy. Ostry rytm drążący Twój mózg. Do tego dwuminutowa gitarowa nawalanka pośrodku. Kapitalny wokal bezwzględnie i szybko cedzący kolejne słowa. Rolf nie krzyczy, co sprawia, że chcesz to zrobić za niego. Ten numer jest ukoronowaniem ich stylu.

Siódemka to "The Phantom Of Black Hand Hill". Pierwsze spokojne, dwudziestosekundowe gitarowe intro powoduje, że (nie znając wcześniej Running Wild) być może masz nadzieję na jakąś balladkę - nic z tego. Perkusja nagle przerywa sielankę wchodząc ostro, łapiąc cię za twarz i waląc o ziemię... i tak już zostanie do końca utworu. Znów obłędny taniec. Długa gitarowa wstawka w środku. Żadnych wolniejszych momentów, nic z tego, zapomnij o tym.

"Freewind Rider" bardziej agresywne i lepsze niż 7. Początek bez gitarowej wazeliny, ostro i brutalnie. To się nazywa konsekwencja. Twoje serce wali już w rytm uderzeń pałkera. Kawałek bardziej dynamiczny niż poprzedni, bardziej zróżnicowany brzmieniowo, więcej zmian tempa.

"Powder & Iron" - jest lepsze niż 8! Wejście nie pozostawia złudzeń - będzie ostra jazda bez trzymanki. Kapitalna perkusja i solówki, wszystko bardzo szybkie. Znów chcesz krzyczeć. Ten numer rozerwie cię na strzępy.

"Dragonmen" - lepsze niż 9! Co za styl! Nie chcesz w to uwierzyć, a jednak. Przez pierwsze czterdzieści sekund nie wiesz, co o tym utworze myśleć, wolne intro, to musi być balladka... albo jakiś niewypał. Nie ma mowy! Zapomnij. Ostre i głośne wejście gitar rozrywa Ci mózg, a dreszcze przechodzą po ciele. Kompozycyjnie są genialni.

Ostatni utwór na płycie: 11. "Genesis (The Making ond The Fall Of Man)" jest lepszy niż 10! Rzuca na kolana. Porównywalne tylko z 6. Zapewne najlepsze. Trwa ponad kwadrans! Arcydzieło heavy metalu. Cóż mogę więcej napisać - piętnastominutowe "Genesis" jest spójne, przemyślane, perfekcyjne i bardzo szybkie! Poza tym muzycznie i tekstowo nawiązuje do 1 i spina płytę klamrą. Intro narratora z podkładem szumu wiatru trwa pierwsze dwie i pół minuty, i jest to chwila odpoczynku. Kiedy narrator kończy - zaczyna się. Środkowa część "Genesis" jest nieporównywalna z czymkolwiek. Kompletny odlot. Narrator kończy diaboliczno-erotyczną opowieść przy szalejącym wietrze. Po czym zapada cisza... i zapuszczasz 11 od nowa.

Płyta jest rewelacyjna. Moim zdaniem lepsza od innych produkcji Running Wild, takich jak "Branded And Exiled" z 1985 roku, "Death Or Glory" z 1989 roku oraz trylogii: "Masquerade" z 1995 roku, "The Rivalry" z 1998 roku i "Vistory" z 2000, które bynajmniej do przeciętnych nie należą. Nie znam płyty jakiejkolwiek innej kapeli wydanej w 1994 roku, o której mógłbym napisać, że jest lepsza od "Black Hand Inn". Nie jest nią więc również, bardzo przeze mnie lubiany - tu ukłon w stronę Kinga Diamonda - krążek "Time" Mercyful Fate. Ocena nie może być niższa niż 10 tym bardziej, że nie poddali się żadnym modom i zagrali swoje, trzymając klasę, mimo wielokrotnych zmian w składzie zespołu.

10/10 (lived)



Patrząc na kolejne płyty Running Wild można odnieść wrażenie, że z płyty na płytę formacja coraz bardziej zamykała się w ramach heavy/power metalu. Nic więc dziwnego, że coraz mniej osób postrzegało zespół jako objawienie, a coraz więcej jako kolejnego reprezentanta tego gatunku.
"Black Hand Inn" często był wymieniany w gronie najmocniejszych pozycji w dyskografii zespołu, więc po zapoznaniu się z zawartością niewiele osób powinno czuć się zawiedzionych. Zacznę chyba od tych mniej przyjemnych kwestii - rzeczywiście formacja coraz bardziej zamyka się w estetyce power/heavy metalu. Mniej na tej płycie rozbrykanych melodii, pirackich zaśpiewów czy w ogóle motywów szantowych czy epickich. Zdecydowanie więcej jest tutaj natomiast typowego metalowego łojenia. To co skupia uwagę to fakt, ze wiele z tych partii jest stosunkowo nieskomplikowanych, tak aby łatwiej dotarły do słuchacza. To właśnie techniczne smaczki dodawane okazjonalnie stanowią o sile tej płyty. Pyszne techniczne solówki, mocne riffy, ciekawe przejścia - nie ma przesytu, ale kiedy te elementy się pojawiają płyta zyskuje w oczach. Felerem natomiast są owe, żywe powermetalowe schematy (np. w "The Privateer") - niestety są one szalenie jednostajne i okrutnie tandetne. Trzeba jednak podkreślić, że materiał jest szalenie spójny i w 90% dopracowany. Swoją droga chciałbym zauważyć, że to chyba właśnie na tej płycie znajdziemy najbardziej techniczne solówki w dorobku grupy.

"Black Hand Inn" nie jest płytą pozbawioną wad, ale nie można ocenić jej powiedzieć wiele złego. Wręcz przeciwnie - płyta jest naprawdę dobra i jedynie czasami wydaje się, że zabrakło pomysłów na dobry, urozmaicony podkład. Może i nie jest to najlepsza płyta zespołu, ale warto posłuchać, bo to kawał przemyślanego, pełnego smaczków metalu.

Harlequin



Jednym z nie wielu albumów RUNNING WILD, który nie wszedł mi od razu był „Black Hand Inn”. Do dziś ciężko mi jest określić co było powodem, toporny wydźwięk, czy to w jaki sposób brzmiały poszczególne partie. Ciężko to zrozumieć, gdyż całościowo jest przecież przebojowo i melodyjnie. Było minęło. Ważne że uważam ten album za jeden z najlepszych w karierze RUNNING WILD. Album jest dopieszczony pod względem wizualnym (najlepsza okładka RUNNING WILD), a także pod względem audialnym. Bardzo wyraziste, rasowe niemieckie brzmienie do tego bardzo duże przywiązanie zespołu do techniki. Pod tym względem jest to chyba jeden z najbardziej wyrazistych albumów tej niemieckiej formacji. Wraz z „Black Hand Inn” przyszły kolejne zmiany, pojawił się Thilo Hermann i Jorg Micheal, co ciekawe w tym czasie zaczęła działać alternatywna wersja RUNNING WILD, czyli X- WILD tworzony przez byłych muzyków RUNNING WILD. Album choć jest tak samo genialny co „Pile Of Skulls” to jednak się różni od niego. Tutaj jest nieco toporniej, jakby mniej piracko, mniejszy nacisk jest na melodie co na tamtym albumie. Oczywiście tak jak przystało na ostatnie albumy tej formacji, wszystko zaczyna klimatyczne intro, a mianowicie „The Curse” i to jest jedno z najlepszych intr tej kapeli. Jest dynamika, jest gdzieś powiew pirackości do tego można się delektować idealną współpracą Kasperka z Thilo Hermannem, który wg mnie jest lepszym gitarzystą aniżeli Axel Morgan. Przede wszystkim jest lepszym technicznie muzykiem. Na każdej płycie musi być jakiś wielki przebój, który podbija serca fanów, który rozgrzewa scenę podczas koncertów. „Black Hand Inn” to jeden z tego typu utworów. Piractwo i melodyjność kojarzą się z „Pile Of Skulls”, choć tutaj jest ta niemiecka szkoła heavy metalu i jest też nacisk na bardziej techniczne granie. Każda partia jest tutaj wyważona i przemyślana. „Mr. Deadhead” to nieco ostrzejszy utwór, oparty na rozpędzonym riffie i banalnym refrenie. Niby jest to wszystko do czego przyzwyczaił nas zespół, to jednak jest jakby ciężej,bardziej topornie, bardziej niemiecko. Dziwne jest to że kolejny utwór tj „Souless” brzmi jak poprzedni tylko w zwolnieniu. Koncertowy hymn RUNNING WILD i się nie dziwię. Zadziorność w sekcji rytmicznej i przebojowość w refrenie. Numer jeden to dla mnie cały czas singlowy „The Privatear” i to chyba ze względu na jego dynamikę, złożoność i nie przewidywalność. Solówki tutaj przechodzą wszelkie granice, a refren też iście piracki. Utwór bardzo rytmiczny i melodyjny, a także bardzo lekki i radosny. Tutaj już nie ma takiej toporności. Tak dotarliśmy do pierwszego kolosa na tym albumie, a mianowicie „Fight The Fire Of hate” który jest nieco w innym stylu aniżeli dotychczasowe kompozycje. Bardziej true metalowy, bardziej podniosły i jakby zakorzeniony w MANOWAR. Kolejnym moim ulubiony kawałkiem z tego albumu jest „ The Phanthom of Black hand Hill” który jest kolejnym pirackim hymnem na tym krążku. Co jest godne tutaj uwagi słuchacza to urozmaicenie i złożoność melodii i całej konstrukcji. Riff niby niczym nie wyróżniający się, niby typowy dla tego zespołu, ale jest ta piracka swoboda i radość, do tego dochodzi bojowy refren. Bardziej jakby rockowym kawałkiem jest „Freewind Rider” i tutaj mamy ciekawą przeplatanką sekcji rytmicznej i wokalu Rolfa. Przebój jak się patrzy i kolejny piracki hymn Thilo Hermann i okres jego bycia w RUNNING WILD dostarczył zespołowi sporo szybkich, pełnych energii i ognia petard. To właśnie za jego służby zespół dorobił się pokaźnej liczby szybkich utworów. Także fani takiego „Riding The storm” z większym zainteresowaniem posłuchają takiego „Powder & Iron”. Niczym nie ustępuje też „Dragonmen” który przykuwa uwagę swoim luzackim wydźwiękiem. Na „Pile Of Skulls” był „Treasure Island” tutaj mamy „Genesis”, który jest jeszcze dłuższy, jeszcze bardziej urozmaicony, bardziej złożony, bardziej epicki, ale tak samo przemyślany i tak samo energiczny. Nieskończone złoże chwytliwych melodii i atrakcyjnych, pirackich motywów. Ale tak można napisać o całym albumie. Arcydzieło, niepowtarzalne dzieło jednego z najlepszych zespołów heavy metalowych. To jest właściwie rzadkie zjawisko, żeby zespół był w tak długoletniej wysokiej formie. Zadziwiające jest to z jaką łatwością nagrywają oni genialne albumy, które dostają same wysokie noty. Niestety kiedy odejdzie Thilo Hermann i Thomas Smuszyński, wszystko zacznie się sypać. Co ciekawe nie na tyle, żeby sięgnąć dna. Czyżby dryfujący statek „RUNNING WILD” jest nie zatapialny? Co do „Black Hand Inn” jest to jeden z ich najlepszych albumów i można śmiało brać w ciemno.

Ocena: 10/10 (PMW)




1. The Curse 3:13
2. Black Hand Inn 4:32
3. Mr. Deadhead 4:01
4. Soulless 4:55
5. The Privateer 4:20
6. Fight The Fire Of Hate 6:37
7. The Phantom Of Black Hand Hill 6:22
8. Freewind Rider 5:15
9. Powder & Iron 5:16
10. Dragonmen 5:39
11. Genesis (The Making And The Fall Of Man) 15:19

Bonus Tracks:
12. Dancing On A Minefield 4:58
13. Poisoned Blood 3:44



https://www.youtube.com/watch?v=4MQxX6Ufbt4



!!!



INITIAL SEEDING. SEED 14:30-22:00.
POLECAM!!!

START WIECZOREM... 100% Antifascist
DETALE TORRENTA:[ Pokaż/Ukryj ]

Podobne pliki
RUNNING WILD - PILE OF SKULLS (1992/2017 DELUXE EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
RUNNING WILD - PILE OF SKULLS (1992/2017 DELUXE EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
ATOMIC ROOSTER - ATOMIC ROOOSTER (1970/2004 DELUXE EXPANDED EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
ATOMIC ROOSTER - ATOMIC ROOOSTER (1970/2004 DELUXE EXPANDED EDITION) [WMA] [FALLEN ANGEL]
IMPALED NAZARENE - SUOMI FINLAND PERKELE-100 YEARS OF FINNISH INDEPENDENCE (1994/2017) [WMA] [FALLEN ANGEL]
IMPALED NAZARENE - SUOMI FINLAND PERKELE-100 YEARS OF FINNISH INDEPENDENCE (1994/2017) [WMA] [FALLEN ANGEL]
Carly Rae Jepsen - Emotion (Deluxe Expanded Edition) (2020) Mp3 320kbps
Carly Rae Jepsen - Emotion (Deluxe Expanded Edition) (2020) Mp3 320kbps
VOO VOO - 30 LAT VOO VOO CZ. 2 (2017) [CD4-21 (2006)] [WMA] [FALLEN ANGEL]
VOO VOO - 30 LAT VOO VOO CZ. 2 (2017) [CD4-21 (2006)] [WMA] [FALLEN ANGEL]
VOO VOO - 30 LAT VOO VOO CZ. 2 (2017) [CD5-SAMO VOO VOO (2008)] [WMA] [FALLEN ANGEL]
VOO VOO - 30 LAT VOO VOO CZ. 2 (2017) [CD5-SAMO VOO VOO (2008)] [WMA] [FALLEN ANGEL]
HARUSHA - TYSIĄC LAT (2017) [WMA] [FALLEN ANGEL]
HARUSHA - TYSIĄC LAT (2017) [WMA] [FALLEN ANGEL]
VOO VOO - 30 LAT VOO VOO CZ. 2 (2017) [DVD-VOO VOO W KAMIENIOŁOMACH (1995)] [WMA] [FALLEN ANGEL]
VOO VOO - 30 LAT VOO VOO CZ. 2 (2017) [DVD-VOO VOO W KAMIENIOŁOMACH (1995)] [WMA] [FALLEN ANGEL]

Komentarze

Brak komentarzy

Zaloguj się aby skomentować