MENU

KATEGORIE

TOPLISTA

Torrent: THE GATE - FACELESS (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
THE GATE - FACELESS (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
Dodał: umezrorv
Data: 11-10-2020
Rozmiar: 266.79 MB
Seed: 1
Peer: 0
Pobierz torrent

  • *
Głosów: 0
Kategoria: MUZYKA -> ZAGRANICZNA
Zaakceptował: nie wymagał akceptacji
Liczba pobrań: 0
Liczba komentarzy: 0
Ostatnia aktualizacja: 0000-00-00 00:00:00
OPIS:
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...



NACJONALIZM UCZY BYCIA DUMNYM Z RZECZY, KTÓRYCH SIĘ NIE ZROBIŁO I
NIENAWIŚCI DO LUDZI, KTÓRYCH SIĘ NIE SPOTKAŁO




Panowie z raciborskiego The Gate grają z taką mocą i polotem, jakby jutro miał skończyć się świat, ale tym akurat niespecjalnie zaprzątają sobie głowę.

No, a świat? Świat niech się wali, ale bez nich, bo The Gate mają jeszcze parę kawałków do zagrania, i żadna apokalipsa nie przeszkodzi im w dotarciu do ostatniego dźwięku. To się nazywa miłość do muzyki, a oni na dodatek nią zarażają.

"Faceless" to kolejny z wielu świetnych debiutów od krakowskiego wydawcy Lynx Music, specjalizującego się we wszelkiej maści dźwiękach progresywnych i art-rockowych w naszym kraju. Właśnie wyłowili kolejny talent spod znaku bezpretensjonalnego gitarowego grania zatopionego w estetyce i brzmieniu lat '70. Ta bezpretensjonalność bryluje na "Faceless", bo choć trzy z sześciu utworów przekraczają osiem minut długości, żaden z nich nie trąci patosem, w który często popadają twórcy muzyki progresywnej. The Gate to zresztą progresja bardziej gitarowa, mniej syntezatorowa, spod znaku Rush, czuć również inspiracje The Doors, a nawet beatelsowymi wokalami. Trio z The Gate to jednak przede wszystkim rock'n'rollowcy malujący z pomocą swoich instrumentów bardzo przyjemne w odbiorze, wielowątkowe utwory z masą niezwykle udanych i pamiętliwych melodii.

Trio zgrane, dodajmy, gdzie każdy z trybików jest ważną częścią tej szalenie pociągającej maszynerii. Maciej Hanusek tworzy ciekawe riffy i ładne solówki, dodatkowo barwi kompozycje syntezatorami; Jakub Dąbrowski buduje perkusją gęste tła; a Maciej Dąbrowski prócz tego, że stworzył niezwykle sugestywne linie basu, to dodatkowo ułożył wiele rewelacyjnych, chwytliwych wokali. Na debiucie The Gate słychać, jak istotny dla całości jest każdy instrument i że wszyscy instrumentaliści zostawili ważny ślad muzycznej osobowości w utworach. Aż się człowiek cieszy słuchając, jak muzycy bawią się dźwiękiem, wzajemnie się uzupełniają i dopełniają kompozytorsko. Tam gdzie przestaje dominować gitara, z pomocą pojawia się bas i wypełnia luki w niezagospodarowanych częściach kompozycji. Wydaje się zresztą, że "Faceless" to przede wszystkim materiał bardzo koncertowy na modłę rock’n’rollową, dający sporo miejsca na zabawę zarówno z muzyką, jak i publicznością, która na pewno da się złapać na melodie serwowane przez The Gate.


Mamy tu zresztą wszystko, by się na dobre z albumem zaprzyjaźnić. Wieńczący płytę "More Than Everything", najbardziej progresywny ze wszystkich utworów, przynosi świetne fragmenty instrumentalne, szczególnie wrażenie robią przyjazne dla ucha partie gitary; "Open Your Eyes" to z kolei akustyczna ballada, trochę w duchu bardzo wyciszonego oblicza Opeth; rozpoczynające się doorsowo "Mirror Dream" z czasem przemienia się w kolejne progresujące partie gitary, by wreszcie wejść na grunt z pogranicza space rocka i rocka psychodelicznego; tytułowy, mroczny i najkrótszy na płycie "Faceless" ma w sobie dozę niepokoju, potęgowaną przez finał w stylu satanistycznych filmów grozy. Jest jeszcze genialny wokalnie "My Way or the Highway", rześki progresywny rock'n'roll z fajnym, chwytliwym riffem, po raz kolejny trochę w duchu żwawszych numerów The Doors i linii wokalnych The Beatles, później utwór porządnie się rozpędza i jest bez wątpienia kandydatem do miana koncertowej petardy. Całość rozpoczyna zaś uzbrojony w gościnne wokalizy Anji Orthodox "Android's Lovesong", chyba najmniej chwytająca piosenka na "Faceless".

Debiut The Gate to prawdziwa rockowa bomba dla koneserów rock'n'rolla lat '70 z niezwykle wyczuwalnym posmakiem progresywnego hard rocka i brzmieniem z tamtych lat. Sporo się tu dzieje, jest przy czym się pobawić, wokale wpadają w ucho, fragmenty instrumentalne przykuwają uwagę nie przynosząc przy tym niezbyt przyjemnej woni patosu. Mimo lekkich niedociągnięć, warto poświęcić "Faceless" te czterdzieści z hakiem minut, bo dobra zabawa jest gwarantowana. Tak rześkiej, bezpretensjonalnej i z przytupem muzyki na scenie progresywnej w naszym kraju brakowało, liczę więc, że The Gate szybko porwą swą tętniącą życiem muzyką i zagospodaruje niszę. Gorąco polecam!

Grzegorz Bryk



Gdy poszukiwałem w Internecie INFOrmacji na temat pochodzącej z Raciborza formacji The Gate wszędzie spotykałem porównania ich muzyki do Rush. Rushowe dźwięki, rushowa stylistyka i tak dalej. Bez przesady, panowie zagrali ponad czterdzieści minut najlepszego prog rocka na jakiego ich stać. Po prostu. Faceless nie okaże się jednym z wielkich odkryć na rynku fonograficznym art rocka w Polsce. Jednak po wysłuchaniu debiutu The Gate jestem zobowiązany śledzić ich dalszą karierę, bo mimo wszystko jest to intrygująca muzyka.

To rzecz skierowana dla koneserów takiej stylistyki aniżeli do szerokiego kręgu odbiorców. Pomimo faktu, że na Faceless znajdujemy sporo akcentów, w którym mamy chwytliwe, wręcz przebojowe granie, to jednak jest to muzyka trudna, wymagająca skupienia. Jak to prog rockiem bywa. The Gate stawiają bardziej na gitarowe aranżacje, w których sześciostrunowy instrument jest głównym motorem napędowym kompozycji. Klawisze są schowane gdzieś w tle, co muzyce raciborzan dodaje rockowego pazura, a odziera z pewnej prog rockowej podniosłości tudzież sztampowości. I chyba w tym miejscu wracamy do punktu wyjścia, czyli do porównań z Rush i to z okolic Pernament Waves. Dla mnie jednak ich muzyka jest bliższa ambitnemu rockowi z USA, czyli klimaty jak Kansas lub inny Boston.

Dobra, tyle porównań i prób umiejscowienia The Gate w jakiejś szufladzie stylistycznej. Tak jak mówiłem, wierzę, że muzycy po prostu grają swoje. Basowy wstęp do Android’s Lovesong z wokalizą samej Anji Orthodox sprawia jak najlepsze wrażenie na sam początek przygody z Faceless. Kroczący rytm i monotonny, z lekka hipnotyzujący riff też robią swoje. Głos wokalisty delikatny, zwiewny, pięknie wyśpiewuje tekst: no one can ever tear is apart/forever we’ll treasuer love In our hearts. Ponadto jest ładna melodia, brzmienie też się może podobać: ciepłe, z lekka chropowate, analogiczne. Obiecujący początek.

My Way Or The Higway to pierwsza z trzech długich kompozycji na płycie. Jest dynamiczniej, znowu fajną pracę wykonuje gitarzysta Maciej Hanusek. No i teraz dotknę problemu, który mocno podkreślił w swojej recenzji na artrock.pl jeden z moich ulubionych tamtejszych recenzentów, czyli Wojciech Kapała. Nie uważam, jak Kapała, że wokalista jest całkiem do bani i kompletnie do wymiany. Owszem – może i brakuje mu mocy w co bardziej energicznych momentach, może i nie zawsze zaśpiewa czysto, ale czy to nie jest przypadkiem debiut fonograficzny Macieja Dąbrowskiego? No chyba jest, nie wiem, należałoby dokładnie sprawdzić, więc można mu spokojnie wybaczyć pewne potknięcia i niedociągnięcia. Z surowymi ocenami poczekajmy więc do następnego albumu The Gate. No chyba że mi słoń całkiem nadepnął na uszy. W tym samym kawałku Maciej Dąbrowski zresztą pokazuje się jako sprawny basista, szczególnie w momencie, kiedy w drugiej części utworu zespół fajnie przyśpiesza rytm, tylko po to, aby zaraz pokomplikować metrum. Na pewno nie można odmówić muzykom The Gate sprawności technicznej.

Kawałek tytułowy jest bez większej historii. Wprowadza trochę oddechu i odpoczynku po, w gruncie rzeczy szalonym i z lekka chaotycznym, My Way Or The Highway. Drugi z długasów jest w swojej strukturze podobny do poprzednika. Piosenkowe pierwsze parę minut, środek pełen zmian tempa i tematów, aby powrócić pod koniec do motywu przewodniego. I szczerze mówiąc, w tym momencie wkradła się nuda, która na szczęście przerwana zostaje zwiewną, akustyczną balladą Open Your Eyes. Gdy słuchałem jej, to przypomniały się momentalnie solowe płyty pierwszego gitarzysty Genesis – Anthony’ego Phillipsa.

Płyta kończy się najdłuższym na płycie More Than Everything, którego pierwsze takty przypominały mi bardziej utwór Vampire Weekend niż The Gate. Okazało się to na szczęście zmyłką, bo kolejny, soczysty riff pokazał, że będziemy mieć do czynienia z kompozycją przykuwającą uwagę słuchacza. I tak zaiste jest. Mimo, że znowu schemat jest podobny jak w My Way Or The Highway i Mirror Dream. Jednak w tym przypadku zespół gra wręcz przebojowo, nośnie, do przodu. Szczególnie część instrumentalna jest jedną z najlepszych na Faceless. Maciej Hanusek wręcz czaruje słuchacza swoimi pOPISami na gitarze elektrycznej, nie tylko wywijając sola na sześciu strunach, ale także zasiadając za klawiszami. Zespół pod koniec atakuje słuchacza metalowym wręcz, ciężkim brzmieniem, lecz w ostatnich taktach mamy wyciszenie i ukojenie, które przychodzi z pomocą głosu i fortepianu. Bardzo ciekawa kompozycja, fajnie i logicznie się rozwijająca. Nie mająca nic z chaosu, który potrafił się wkradać wcześniej w kompozycje The Gate.

Jest dobrze, ale brakuje dużo do ideału. Zespół ma żywe, ciepłe brzmienie, dalekie od patosu współczesnego rocka progresywnego, który wiele zespołów stosuje w zdecydowanie zbyt wysokich dawkach. Wokalista musi momentami spróbować zaśpiewać mocniej, odważniej. A cały zespół musi ulepszyć swoje kompozycje, bo bywa chaotycznie, a czasami wieje nudą. Ale to nic, utwory jak Android’s Songs czy More Than Everything pokazują, że The Gate potrafią. Wiadomo powszechnie, że najtrudniej zrobić pierwszy krok. Czekam na następny.

Jakub Pożarowszczyk




Nie lubię glanować płyt debiutantów. Napracują się, namęczą, a tu jeb w łeb. Ale w przypadku debiutanckiego albumu grupy The Gate nie ma co udawać, że wszystko jest w porządku. To, co chcieli zrobić nie było głupie – akcent przeniesiony bardziej na gitary, momentami omalże jawny flirt z amerykańskim graniem i to bardzo amerykańskim w stylu pięćgitarijedziemy, co stanowi spore urozmaicenie w przypadku prog-rocka, a przy okazji wpuszczenie pewnej ilości świeżego powietrza do lekko skostniałej i zatęchłej konwencji progowego grania też ma swoją wartość. I wszystko byłoby pięknie, gdyby się to udało. Jednak się nie udało.

Przyczyny są dwie i podstawowe. Po pierwsze wokalista – głos słaby, matowy i płaski. A momentami normalnie fałszuje. To, co robi w „Faceless” i „Mirror Dream”, powinno być ścigane sądownie z urzędu. Sorry Winnetou, ale nie każdy śpiewak bez głosu to Dylan. Właściwie już same partie wokalne kwalifikują „Faceless” na szrot, a nie do publikacji i pójścia w ludzi. Dziwię się, że Kramarski taka niedoróbką puścił, bo to też świadczy o wydawcy. Druga rzecz – jeśli The Gate chcą być nieco bardziej mainstreamowi od średniej progresywnej, to sama forma nie wystarczy, tu już trzeba też myśleć muzycznie jak mainstream – czyli piosenkami. I nie można powiedzieć, że my tylko tak trochę. To nie tak – jeżeli już ciągnie cię do rocka środka, to muzyka musi spełniać jego kryteria – porządna melodia, refren. Oczywiście, że nie trzeba rezygnować z dłuższych utworów, co najlepiej pokazuje bardzo dobry „More Than Everything”, ale i te dłuższe od czegoś trzeba zacząć. Z tych trzech krótszych utworów, które znajdziemy na płycie, żaden nie spełnia tych, powiedzmy „przebojowych”, warunków – „Androind’s Lovesong” jest chaotyczny i bez wyraźnej linii melodycznej, z tytułowego pamięta się jedynie ewidentne fałsze wokalisty, a „Open Your Eyes” to bardzo ładna, ale bardzo akustyczna i niepozorna ballada. Pod tym względem paradoksalnie najlepiej wypada „More Than Everything”, najdłuższy na płycie – tam jest i pomysł, i zbudowanie dziesięciu minut muzyki wokół niego. I właściwie to, oraz „Open Your Eyes” to dwa powody, żeby nie skreślać The Gate. Co prawda piętnaście minut na czterdzieści to trochę mało, ale lepszy rydz niż nic. Warto też wspomnieć o zupełnie dobrej produkcji, bo to nie jest rzecz oczywista w naszych czasach i w tej branży.

W całości ta płyta ewidentnie się nie broni – źle zaśpiewana i nierówna muzycznie, ale mimo wszystko moim zdaniem The Gate rokuje. Tego jednak nie słucha się jak sztampowej, współczesnej prog-rockowej produkcji, gdzie już na samym początku płyty jestem w stanie przewidzieć, co tam dalej się zdarzy, a „Faceless” wcale takie oczywiste nie jest. Tylko trzeba bardziej przyłożyć się do komponowania. Jeżeli już tak chłopaki w tą stronę nieśmiało patrzą, to może by dokładniej posłuchać takich amerykańskich kapel jak Eagles, Boston, Lynyrd Skynyrd, Fleetwood Mac (wersja z USA). I próbować zrobić jakiegoś własnego, prog-rockowego „Desperado”, „Tusk”, czy „Free Bird”. Poza tym metalowe gitary tak jak w „Android’s Dream” i „country-rockowe” w następnym to się dosyć mocno gryzą i trzeba to chyba jakoś wypośrodkować. Druga sprawa wokalista – Maciej Dąbrowski powinien swoje występy wokalne ograniczyć do łazienki podczas codziennych zabiegów higienicznych, oraz karaoke, ale to pod koniec imprezy, kiedy wszyscy są odpowiednio nawaleni i nie zwracają uwagi na to, co i kto śpiewa. I tyle. Poza tym do mikrofonu się nie zbliżać. Nowy, dobry, rockowy wokalista potrzebny jest zespołowi jak powietrze. Bez niego zginą.

I to by było na tyle.

Wojciech Kapała




1. Andorid’s Lovesong
2. My Way Or The Highway
3. Faceless
4. Mirror Dream
5. Open Your Eyes
6. More Than Everything




Maciej Dąbrowski - vocal, bass guitar
Maciej Hanusek - guitars, keyboards
Jakub Dąbrowski - drums, percussion

Gościnnie:
Anja Orthodox - vocal (Androd's Lovesong)



https://www.youtube.com/watch?v=YaUchRI44og



!!!




INITIAL SEEDING. SEED 14:30-22:00.
POLECAM!!!

START JAK BĘDĄ CHĘTNI... 100% Antifascist
DETALE TORRENTA:[ Pokaż/Ukryj ]

Podobne pliki
THE GATE - FACELESS (2014) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
THE GATE - FACELESS (2014) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
MAYAN - ANTAGONISE (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
MAYAN - ANTAGONISE (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
KRIEGSMASCHINE - ENEMY OF MAN (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
KRIEGSMASCHINE - ENEMY OF MAN (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
MAYAN - ANTAGONISE (2014) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
MAYAN - ANTAGONISE (2014) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
MASTODON - ONCE MORE ROUND THE SUN (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
MASTODON - ONCE MORE ROUND THE SUN (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
BEYOND CREATION - EARTHBORN EVOLUTION (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
BEYOND CREATION - EARTHBORN EVOLUTION (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
WITCHMASTER - ANTICHRISTUS EX UTERO (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
WITCHMASTER - ANTICHRISTUS EX UTERO (2014) [WMA] [FALLEN ANGEL]
SBB - KONCERTY [BOX] (2014) [CD5-CHICAGO 1994] [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
SBB - KONCERTY [BOX] (2014) [CD5-CHICAGO 1994] [MP3@320] [FALLEN ANGEL]

Komentarze

Brak komentarzy

Zaloguj się aby skomentować