MENU

KATEGORIE

TOPLISTA

Torrent: RUSH - CLOCKWORK ANGELS (2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
RUSH - CLOCKWORK ANGELS (2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
Dodał: umezrorv
Data: 12-01-2021
Rozmiar: 469.26 MB
Seed: 1
Peer: 0
Pobierz torrent

  • *
Głosów: 0
Kategoria: MUZYKA -> ZAGRANICZNA
Zaakceptował: nie wymagał akceptacji
Liczba pobrań: 0
Liczba komentarzy: 0
Ostatnia aktualizacja: 0000-00-00 00:00:00
OPIS:
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...


„Clockwork Angels” mogłaby być ostatnią płytą Rush. Bynajmniej nie dlatego, że jest zła. Przeciwnie – dlatego że byłaby świetnym zwieńczeniem kariery tego zespołu, który w trakcie 38-letniej aktywności zaprezentował słuchaczom wiele swoich twarzy.

Jak przystało na krążek wydany w okrągłą rocznicę (pod warunkiem odwrócenia strzałki czasu) wydarzeń opowiedzianych na płycie „2112”, mamy do czynienia z concept albumem, czyli płytą, na której wszystkie utwory podporządkowane są jednej opowieści. Tak zresztą nie było nawet na „2112”, gdzie oprócz tytułowej suity znalazło się kilka oddzielnych kompozycji. Zastanawiam się, czy którąkolwiek z 18 (!) wcześniejszych studyjnych płyt Rush1) można nazwać concept albumem w pełnym tego słowa znaczeniu. „Clockwork Angels” nim jest.

Oczywiście istnienie klamry łączącej wszystkie utwory nie stanowi gwarancji jakości. To raczej dodatkowy smaczek. Warstwa muzyczna musi się obronić sama; ponadto słabe teksty czy przesadnie wydumana fabuła mogą sprawić, że owa klamra będzie słuchacza bardziej drażnić niż cieszyć. Na szczęście Neil Peart dawno już dał się poznać jako jeden z lepszych tekściarzy rocka. Próżno szukać w jego tekstach wyświechtanych fraz, które można znaleźć choćby na pierwszej, nagranej jeszcze bez niego, płycie Rush. Może nie jest takim wirtuozem słowa jak perkusji, ale zawsze ma coś ważnego do powiedzenia.

Tym razem prezentuje nam historię rozgrywającą się w świecie, w którym prawidła kosmosu stały się bogiem, a ludzi zniechęca się do wszelkiej aktywności umysłowej, przekonując, że wszechświat podejmuje decyzje najmądrzejsze z możliwych. Główny bohater, wiedziony młodzieńczą chęcią poznania, udaje się powietrznym parowcem do stolicy kraju, by zobaczyć Plac Kronosa, wznoszącą się na nim Katedrę Zegarmistrzów oraz cztery Anioły – Ziemię, Morze, Niebo i Światło. Szybko się przekonuje, że kosmos nie udzieli mu odpowiedzi na wszystkie pytania i że być może jego świat jest najlepszym z możliwych, lecz niekoniecznie oznacza to szczęście każdej jednostki. Wygnany z miasta, rozpoczyna odyseję, w czasie której będzie musiał przeżyć miłość i upokorzenie, tragedię i odkupienie, by wreszcie na końcu długiej drogi odnaleźć spokój.

Ta historia może dotyczyć każdego z nas, ale niektóre fragmenty budzą wyraźne skojarzenia z życiem samego Neila, a młodzieńczy entuzjazm bohatera, który z czasem przechodzi w sceptycyzm i gorycz, by na koniec ustąpić miejsca akceptacji, jest czymś na kształt ekstraktu z jego dotychczasowych przesłań. Wspomnieć należy, że na opowiadaną historię składają się nie tylko teksty śpiewane przez Geddy’ego, lecz także poprzedzające każdy utwór fragmenty pisane prozą, które można znaleźć w towarzyszącej płycie książeczce. To głównie one stanowią źródło naszej wiedzy o świecie bohatera.

Muzycznie uważam „Clockwork Angels” za najlepszy album Rush przynajmniej od czasu „Test for Echo” i sądzę, że historia uzna go za jedno z ważniejszych wydawnictw zespołu. Po zawierającym kilka perełek, ale przyciężkim „Vapor Trails” i takim sobie „Snakes & Arrows” wreszcie dostajemy coś, czego da się słuchać praktycznie w całości. Owszem, trafiają się utwory mniej porywające, jak „Halo Effect” czy „Wish Them Well”, ale w kontekście reszty można je uznać za przystanki na nabranie oddechu. Bo istotnie są na tej płycie momenty, które ten dech zapierają. Moim zdecydowanym faworytem jest „Headlong Flight”, choć z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz większą estymą darzę tytułowy „Clockwork Angels”, który choć bardziej gitarowy, przywodzi mi na myśl „Red Barchetta” z płyty „Moving Pictures”. Cieszą uszy również melodyjny „BU2B” („Brought up to Believe”) czy nieco orientalny „The Anarchist”. Warto zwrócić uwagę na zamykający płytę „The Garden”, najbardziej udaną od wielu lat próbę stworzenia ballady tak pięknej jak wczesne „Tears” czy „Different Strings”. Nie wiem, czy „The Garden” dorównuje tamtym perełkom – chyba jego największą wadą jest brak łatwo wpadającej w ucho melodii – lecz słucha się go na tyle przyjemnie, że zaraz ma się ochotę zacząć cały album od nowa.

Płyta jest mocna, rockowa, bez fajerwerków w rodzaju solówki na perkusji (jej drobną namiastkę można znaleźć w „Headlong Flight”) czy utworu instrumentalnego, który pozwoliłby na pOPIS całej trójki. Trochę szkoda, ale widać taka była koncepcja. Natomiast już od kilku płyt zwracam uwagę na to, że Geddy coraz lepiej śpiewa. To niewiarygodne, ale wygląda na to, że temu dobiegającemu sześćdziesiątki wokaliście wciąż zależy na doskonaleniu swoich umiejętności. Fani pamiętają jego charakterystyczny falset z wczesnego okresu twórczości; kiedy jednak próbował śpiewać w niższych rejestrach, efekty były różne. Na ostatnich płytach wydaje się czyściej brać tony, śpiewa bez wysiłku, a jego głos jest przyjemniejszy dla ucha.

Czytając powyższą recenzję, można odnieść wrażenie, że Rush nagrał płytę wybitną, przynajmniej w kontekście swojej bogatej dyskografii. Historia oceni, czy tak jest istotnie. Z pewnością po długim okresie głodu mamy wreszcie album nawiązujący do najlepszych wzorców zespołu z różnych okresów kariery, dojrzały, lecz nie wtórny. To chyba wystarczy, by po niego sięgnąć.

Albumową książeczkę ilustruje steampunkowa grafika Hugh Syme’a, wieloletniego współpracownika zespołu, który w przeszłości towarzyszył mu także jako muzyk, wykonując choćby partię pianina we wspomnianym „Different Strings” z płyty „Permanent Waves”.

Iwona Michałowska

Pierwsza zapowiedź tego albumu ukazała się już w czerwcu 2010 roku. Singiel z utworami "Caravan" i "BU2B" zaostrzył apetyt na więcej, bo trio już dawno nie nagrało tak dobrych kawałków (co najmniej od czasu "Test for Echo" z 1996 roku). Oba zwracają uwagę całkiem chwytliwymi melodiami, nie do końca oczywistymi strukturami, świetną pracą sekcji rytmicznej oraz może nie tak finezyjną, jak dawniej, ale solidną grą Alexa Lifesona. Jednak na pełen album przyszło jeszcze trochę poczekać. "Clockwork Angels" ukazał się równo dwa lata i tydzień później. Premierę poprzedził jeszcze jeden singiel, wydany w kwietniu "Headlong Flight". To była już zdecydowanie mniej udana zapowiedź. Za dużo tutaj topornego riffowania i prawie metalowego ciężaru, melodycznie jest niezbyt ciekawie, jedynie gra sekcji rytmicznej trzyma wysoki poziom. W wersji albumowej "Headlong Flight" jest nieco dłuższy, ale przez to bardziej męczący.

Niestety, album jako całość nie zachwyca. Nic dziwnego, że muzycy tak długo go nagrywali, bo wyraźnie nie udało im się wyjść z kompozytorskiego kryzysu, który dopadł ich jeszcze w latach 80. "Caravan" i "BU2B" to najwyraźniej przypadkowy przebłysk weny. Do ich poziomu zbliża się tylko energetyczny, chwytliwy "The Anarchist", który przywołuję odrobinę starego Rush z okresu, powiedzmy, "Pernament Waves". "Headlong Flight" od biedy można zaliczyć do bardziej udanych momentów longplaya - zresztą dałoby się uratować ten kawałek, gdyby Lifeson dał sobie spokój z metalowym napieprzaniem i wrócił do swojego charakterystycznego brzmienia z przełomu lat 70./80. A poza tym, jest tu bardzo nijako. Kolejne toporne, podmetalizowane kawałki ("Carnies", "Seven Cities of Gold") przeplatają się z miałkimi, poprockowymi piosenkami ("Halo Effect", "The Wreckers", "Wish Them Well"). Do tego dochodzą takie dziwactwa, jak chaotyczny, zmierzający donikąd utwór tytułowy, niepotrzebny przerywnik "BU2B2" i wyjątkowo smętna ballada "The Garden".

"Clockwork Angels" irytuje przede wszystkim zmarnowanym potencjałem. Longplay naprawdę posiada przebłyski, które czynią go najlepszym, obok "Test for Echo", albumem Rush po 1984 roku. Ale jednocześnie powtarza wiele błędów i wad innych wydawnictw grupy z tego okresu, jak np. za długi czas trwania (ponad godzina), niepasujące do tego zespołu metalowe naleciałości, czy nijakie, taśmowe kompozycje. Może czas pomyśleć w końcu o emeryturze?

Paweł Pałasz

Moja pierwsza reakcja była taka – Najlepsza płyta od czasów „Moving Pictures”!

A teraz muszę się z tego częściowo wycofać. Ale tylko częściowo.

Teraz z nieco chłodniejszą głową powiedziałbym, że jest to powrót do tej bardzo wysokiej formy z  końca lat siedemdziesiątych i pierwszej połowy  osiemdziesiątych. A które krążki z tamtych czasów są lepsze, czy gorsze od „Clockwork Angels” – to już trudno mi powiedzieć, kwestia gustu. Osobiście pod pewnymi względami przypomina mi „Grace Under Pressure” – sporo fajnego grania, ale trochę mniej fajnej muzyki. Za to muzycznie mógłby być to przejściowy album między Hemisferami a „Moving Pictures”, albo „Permanent Waves”.

Można by tą płytę podzielić na dwie części –  „właściwą”, do „Seven Cities of Gold” i „bonusy”, czyli od „The Wreckers” do końca. Dlatego taki podział, bo w dość wyraźny sposób przebiega między nimi muzyczna granica. Utwory z pierwszej części mają bardziej złożoną strukturę, są bardziej „progresywne”, a te, jak je nazwałem – bonusy, to klasyczne rushowe rockowe „przeboje”. I ta część podoba mi się bardziej (chociaż mój ulubiony to „The Anarchist” z pierwszej). Pewnie dlatego tak, bo moja znajomość z Kanadyjczykami zaczęła się bodajże od „Power Windows”, albo „Grace Under Pressure” i dlatego bardzo lubię to bardziej radio-friendly oblicze grupy, tutaj reprezentowane min. przez „The Wreckers” i „Headlong First”.

Mam przed sobą wyjęty przed chwilą z kosza, mocno pomięty kawałek papieru -  kupon bonusowy z jakiejś sieci handlowej. Na jego odwrocie Agnieszka „na gorąco” oceniała poszczególne utwory z nowej płyty. Plusy są przy sześciu utworach, pół na pół -  przy kolejnych pięciu, a minus tylko jeden, przy „Carnies”. Po kolei plusy – tytułowy, „Halo Effect”, przy „The Wreckers” nawet dwa (!), a potem plusy już równo do końca (z wyjątkiem króciutkiego „BU2B2”). W dużej mierze pokrywało się to też z moimi typami – zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu druga część płyty, znakomity tytułowy i również mi się „Carnies” nie podobało ( i dalej mi się nie podoba).

Mimo, że to rzecz świeżutka, jak ciepłe bułeczki prosto z piekarni, jestem już dobrze obznajomiony z tematem, bo przez ostatnie kilka dni „ujeżdżałem” „Clockwork Angels”  bardzo intensywnie. I dlatego już teraz mogę  o nim powiedzieć więcej, nie tylko co mi się podoba, a co nie. Mogę pokusić się o jakieś konkretniejsze podsumowanie.  Po pierwsze – na kilku ostatnich płytach, od „Presto” włącznie brakowało mi trochę większego rozmachu w muzyce Kanadyjczyków – to wcześniej zapewniały instrumenty klawiszowe, a czasami nawet i smyki. Tym razem klawiszy dalej jest bardzo mało, ale w kilku utworach czterdziestoosobowa orkiestra dodaje im  właśnie tego rozmachu, a i również  dynamiki. Po drugie – jest to najbardziej świeża i żywiołowa  płyta Rush od bardzo wielu, wielu lat. Iście  młodzieńczym entuzjazmem  jest przepełniona, jakby im ze trzydzieści lat odjęło. W porównaniu z  też mocno kopiącym i rozpędzonym „Snakes & Arrows”, tu jeszcze mamy nitro, bo „Clockwork Angels” pałer ma jeszcze większy. Po trzecie gra sekcji rytmicznej Peart – Lee. To nawet nie ma co mówić, to trzeba słuchać, podziwiać i się uczyć. Po czwarte – „Clockwork Angels” jest podręcznikowym przykładem jak udatnie połączyć metalowy wykop z progresywnym rozmachem. Po piąte – gdyby Rush nie istnieli, to trzeba było by ich wymyślić.

Osiem gwiazdek z dużym plusem, bo nie jest to album absolutnie wspaniały i porywający, a „jedynie” cholernie bardzo dobry.

A zegar na okładce wskazuje godzinę dziewiątą i dwanaście minut. Czy z czymś nam się to przypadkiem nie kojarzy?

PS. "Nakręcane Anioły" a "Śrubki" - "Anioły, bo "Śrubki" muzyka tak, ale brzmienie nie, za bardzo mi Police przypomina.

Wojciech Kapała


1. Caravan   5:40
2. BU2B   5:10
3. Clockwork Angels   7:31
4. The Anarchist   6:52
5. Carnies   4:52
6. Halo Effect   3:14
7. Seven Cities Of Gold   6:32
8. The Wreckers   5:01
9. Headlong Flight   7:20
10. BU2B2   1:28
11. Wish Them Well   5:25
12. The Garden (Piano–Jason Sniderman)   6:59


Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory
Alex Lifeson - gitara, instr. klawiszowe
Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne

https://www.youtube.com/watch?v=EsBNzf5JlZA

!!!

INITIAL SEEDING. SEED 14:30-22:00.
POLECAM!!!

START WIECZOREM...                           100% Antifascist
DETALE TORRENTA:[ Pokaż/Ukryj ]

Podobne pliki
RUSH - CLOCKWORK ANGELS (2012) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
RUSH - CLOCKWORK ANGELS (2012) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
Rush - Clockwork Angels Tour (2013) [DVD9+DVD5]
Rush - Clockwork Angels Tour (2013) [DVD9+DVD5]
BREAK - IDOLS IN THE SHAPE OF FALLING ANGELS (2000) [WMA] [FALLEN ANGEL]
BREAK - IDOLS IN THE SHAPE OF FALLING ANGELS (2000) [WMA] [FALLEN ANGEL]
GARFUNKEL - ANGEL CLARE (1973/2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
GARFUNKEL - ANGEL CLARE (1973/2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
GARFUNKEL - ANGEL CLARE (1973/2012) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
GARFUNKEL - ANGEL CLARE (1973/2012) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
RAGE - 21 (2012) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
RAGE - 21 (2012) [MP3@320] [FALLEN ANGEL]
RAGE - 21 (2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
RAGE - 21 (2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
NE OBLIVISCARIS - PORTAL OF I (2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]
NE OBLIVISCARIS - PORTAL OF I (2012) [WMA] [FALLEN ANGEL]

Komentarze

Brak komentarzy

Zaloguj się aby skomentować